HOME >>>>>Moriar (aktualizowano 7.01.2022)

Non omnis moriar

Wspomnienia Absolwentów'68.

=========================================

1. Władysław Baran. Ale kino

Wychodzimy całym pokojem do kina Gigant(http://www.hwbaran.eu/PIESNI.htm#Gdy_kina_Odra), a Kazek daje klucz Czesiowi(z poprzedniego roku, krajana) klucz do naszego pokoju na randewu.
Po kinie większość dochodzi do wniosku, że trzeba się jeszcze napić piwa, a mniejszość, czyli ja, postanowiła wracać do akademika. 
W pokoju przykładowy porządek, bo Czesio w odniesieniu do dziewcząt był raczej teoretykiem. Więc pomyślałem żeby go nobilitować w oczach kolegów. 
Zburzyłem więc Kazka łóżko i położyłem się spać. Ale wydało mi się to mało wiarygodne, to posmarowałem jeszcze prześcieradło smalcem i buch pod kołdrę.
Wracają pozostali mieszkańcy, Kazek od razu wściekły
- Czuję, ze moje łóżko jest pospermione.
A ja się skręcam w niemym śmiechu pod kołdrą. Odrzuca kołdrę i krzyczy:

- Rzeczywiście.Czesiek ch.j, jak on mi mógł, ku.wa, tak zrobić? Ja go chyba zajebię.

Teraz Czesio był w kropce czy potwierdzić, czy zaprzeczyć.
---------------------------------------------------
2. Kazimierz Kuczyński. Opowiastka

W 1981 roku w Niemczech, w mieście Werl na Westfalii poznałem pewnego pana w moim wieku, który podobnie jak ja po został zakwalifikowany przez chwatów z Milicji Obywatelskiej jako „UCIEKINIER”, bo odmówiliśmy powrotu do Polski, po turystycznym wyjeździe do RFN. On był ze Sląska, a konkretnie ze Świętochłowic. Miał też „czysto polskie” imię i nazwisko – Gerard Winkler. Był inżynierem metalurgiem po Politechnice Gliwickiej. Oboje chodziliśmy wtedy na kurs j. niemieckiego. Nie mieliśmy więc za dużo pieniędzy tym bardziej, że wysyłaliśmy potężne paczki do swych rodzin w Polsce. Dlatego każdy z nas dorabiał sobie na boku. Ja zatrudniłem się przez weekendy u pewnego Włocha, który miał cukiernię. Sprzedawałem z „okienka” lody (gelati). Mój kolega w tym czasie znalazł sobie pracę, jako kierowca autobusu miejskiego. Nie za bardzo przykładał się w swojej pracy – spóźniał się, nie zatrzymywał się często na przystankach, aby mieć na pętli więcej czasu na odpoczynek. Do tego dał się już poznać jako nieprzeciętny „jajcarz”. Groziło mu wywalenie z tej pracy i on o tym wiedział. Kiedyś powiedział do mnie, „jak mają mnie wypier...ić z tej roboty, to ja chcę, aby to było wywalenie głośne, z hukiem”. Zaproponował mi współudział w kawale, jaki zamierzał zrobić. Otóż miał udawać ślepego, a ja miałem być jego przewodnikiem. W tym celu kupił sobie opaskę ślepca (trzy czarne kółka na żółtym tle) oraz laskę, którą pomalował na biało. Kierowcy autobusu mieli zmiany na umówionym przystanku. Jeden kończył robotę, a drugi zaczynał. No i pewnego dnia stanęliśmy na umówionym przystanku zmianowym i czekaliśmy na autobus, którym dalej miał jechać mój kolega. On już był przebrany na ślepego – w ciemnych okularach, z opaską ślepego na ramieniu i białą laseczką. Ja pomogłem mu wsiąść do autobusu i zająć miejsce za kierownicą. Sam stanąłem za nim trzymając się metalowego słupka za siedzeniem kierowcy. W autobusie wszystkie siedzące miejsca były zajęte. Przeważnie przez starsze panie. Gdy mój kolega rozsiadł się już wygodnie za kierownicą – powiedziałem mu – ruszaj ! Po kilkunastu metrach kazałem mu skręcić w prawo (zresztą była to wyznaczona dla tej linii autobusowej trasa). Mówiłem do niego bardzo głośno, aby wszyscy mogli słyszeć, co do niego mówię. A mówiłem np. „uważaj, masz obok siebie rowerzystę, skręć w lewo, a potem po 100 m. jeszcze raz w lewo, przyhamuj itp.” No i pasażerowie wreszcie się zorientowali, że autobus prowadzi ślepy. Podniósł się niesamowity wrzask, jakaś kobieta zemdlała, wielu pukało w szyby. Zaczęli wrzeszczeć, abym kazał kierowcy natychmiast stanąć. A mój kolega na to spokojnie, swoim aksamitnym barytonem przez mikrofon powiedział : „Miłe panie do następnego przystanku jeszcze tylko dwa zakręty. Ale mój kolega dobrze mnie prowadzi, więc dojedziemy”. Baby chciały mnie pobić. Wreszcie powiedziałem koledze – „stań cholera po następnym zakręcie w prawo przy chodniku”. I stanął. Czmychnęliśmy z autobusu w ostatniej chwili. Epilog był podobny do tego, jak Gerard wcześnie powiedział – wyleciał z hukiem z roboty. Zainteresowała się nami też policja, ale przekonaliśmy ich, że to był tylko kawał, że przecież kierowca cały czas bezpiecznie jechał. Policja odstąpiła od ukarania nas. Zresztą policjantowi, który nas przesłuchiwał, podobał się nasz kawał. Kłopot był tylko z niektórymi pasażerkami, bo wystąpiły o odszkodowanie za utracone zdrowie (nerwy, omdlenia). Ale gdy lokalna prasa opisała to całe zdarzenie w taki sposób, że uważała ten karygodny czyn za kawał roku – babska wycofały swoje skargi.

Epilog: mój kolega Gerard po ukończeniu kursu przeprowadził się do Essen i pracował w Zakładach Kruppa, aby po 5 latach wraz z żoną i dziećmi wyemigrować na stałe do Finlandii, gdzie mieszka w przygranicznej miejscowości z Estonią - Kotka (co znaczy po fińsku orzeł). Tam pracuje w stoczni, jako inżynier.


-----------------------------------------
4. Władysław Baran. Całuj mocno, całuj szczerze.

W roku 1969, po stażu w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Lubomierzu, trafiłem do POMu w Szymiszowie koło Strzelec Opolskich. Kierownikiem filii w Ligocie Dolnej był batiar ze Lwowa, nazwiskiem Gawron. Filia została utworzona na bazie baraków, hangaru i warsztatów lotniska Luftwaffe. Z tego lotniska startowały jako pierwsze samoloty do nalotu na Wieluń wczesnym rankiem1 września 1939 roku.

W dzień coś tam działał, a wieczorem ze współpracownikami wódeczka, zakąska i druga zmiana bez zmiany lokalu. Jak już zdrowo popili, to Gawron wylatywał na zewnątrz. W tym czasie pozostali zwierzali się na temat kierownika” Gawron to złamany ch,j”, Gawron to k.tas” itd. A on stał stał pod oknem i notował. Na drugi dzień wzywał delikwentów i oznajmiał : ”Egon, ty powiedziałeś na mnie złamas, jesteś zwolniony, Erich, ty powiedziałeś” itd. Ci zaraz lecieli po wódkę na przeprosiny i balanga na wieczór znowu gotowa.
Ale przyszły nowe czasy Gierka, z komitetów partii zjednoczonej pozbywano się niewykształconych i tym sposobem dyrektorem został wczorajszy sekretarz Hubert Musiał, z zawodu traktorzysta.

Porządki nowe zaczął od Gawrona. Ten wiedział, że lada moment wyleci, to postanowił by to było z pompą i jego stylu.

Przyjechał do dyrekcji, wpada do sekretariatu, otwiera drzwi gabinetu dyrektora, a tam Musioł z nosem w papierach analizuje wykonanie planu miesięcznego mechanizacji rolnictwa uspołecznionego.

Panie dyrektorze, a pocałuj mnie w dupę.

- Co,co? Jak? -odpowiada zaskoczony dyrektor, podnosząc wzrok

- A tak- zwinął usta w rurkę- cmok,cmok,cmok

5. Władysław Baran. Ty baranie

Jest rok 1997, tuz przed powodzią. Jedziemy  do Niemiec, do przyjaciół. Tam benzyna droga jak cholera, Na wszystko jest rada. Wziąłem więc 3 kanistry, które pozostały jeszcze z czasów Wiecznych Niedoborów. Przed granicą w Zgorzelcu, na stacji benzynowej, tankuję metodycznie: zbiornik samochodu- do pełna, zamykam zbiornik wyciągam pierwszy kanister i do pełna, zamykam kanister, wsadzam do bagażnika; wyciągam drugi kanister i do pełna, zamykam kanister , wsadzam do bagażnika; wyciągam drugi kanister i do pełna, zamykam kanister, wsadzam do bagażnika;
wyciągam trzeci kanister i do pełna, zamykam kanister, wsadzam do bagażnika
A
za mną stanął jakiś facet samochodem czeka i czeka, i nerwowo chodzi.
Wreszcie podszedł do mnie i mówi:
-
Ile jeszcze mam czekać?
-
Przecież przy innych dystrybutorach-odpowiedziałem uprzejmie- jest pusto, to dlaczego się uparł Pan na właśnie ten?
-
Ty stary baranie!
 Stary, bo stary, ale jak on mógł na mnie powiedzieć "Baranie".

----------------------------------------------------------
6.
Stanisław Bojarczuk. Fragment wspomnień z książki ?Dlaczego tak się stało”(str92)

...... luksusowe wykończenie pomieszczeń i perskie dywany na podłogach.

Podczas kolacji przy świecach w apartamencie u gospodyni

Beaty na Sępólnie zaproponowała, żebyśmy rozmawiali o rzeczach

przyjemnych, o karnawale, który za dwa tygodnie miał się

skończyć, a przede wszystkim, żeby wypić ,,Brudzia'''. Poprosiła

żebym jej szczerze opowiedział., czego od niej oczekuje, jako gość

towarzyszącej na tej studenckiej zabawie Karnawałowej zwanej

,,Półmetkiem" w przyszłym tygodniu. Dopowiedziała jeszcze, że o

mnie o Stachu wiele dobrego słyszała od przewodniczącego

Zarządu Wojewódzkiego Z.M.W. we Wrocławiu, z którym

znamy od ponad roku. Przeglądała również moją teczkę personalną,

które stoją na półkach w kadrach aktywu związku i rekomendację

oraz opinię od Zarządu Uczelnianego Z.M.W. W czasie pogawędki

tej sobotniej lutowej nocy Beata nalewała często do kieliszków

,,Śliwowicę". Zauważył, że dużo pije i alkoholu i napojów, np.

oranżady. Około trzeciej nocy podniosła się ze swojego fotela

zmyślnie w jego kierunku, że mógł obejrzeć jej duże piękne piersi

wychylające się z dużego dekoltu szlafroka w stylu japońskiego

,,kimono". Pod szlafrokiem nie miała biustonosza, ani koszulki

nocnej, ani halki. Pocałowała swojego gościa, gorącym pocałunkiem

i podreptała zataczając się po wypiciu kilku kieliszków śliwowicy;

do swojej sypialni. W połowie drogi odwróciła się i wyszeptała; „Do

niczego Cię nie namawiam, ale gdybyś chciał mnie Stachu

w mojej sypialni odwiedzić, to wiesz gdzie mnie można znaleźć!”

Znikając, uchyliła szeroko drzwi wejściowe. Stach uznał, że po

całodziennym pełnym wrażeń dniu i po suto zakropionej alkoholem

kolacji, jest na tyle zmęczony i wyczerpany, że proponowaną wizytę

w sypialni Beaty odłoży na kilka godzin. W jego pokoju gościnnym,

gdzie miał przygotowany nocleg, na nocnej szafce koło jego łóżka

leżała, złożona w kostkę elegancko uprasowana nocna piżma. Była........

---------------------------------------------------
6. Władysław Baran. Recenzja trylogii przyrodniczo wspomnieniowej Stanisława Bojarczuka ze szczególnym uwzględnieniem dzieła ostatniego”.


Na dzieła trylogii składają się następujące „powieści”, jak to określa Autor:

1 „Gwiazdy na Nieboskłonie- debiut literacki napisany kilka lat wcześniej
Nie każdemu dany jest dar czytania w gwiazdach, a wieszcz napisał nawet kiedyś”
Biada temu kto nie ujrzał gwiazd na nieboskłonie potraktowany w łeb kłonicą” A jeśli kto ujrzał, to winien to opisać.

2 „Wyboista droga- druga powieść, wydana dwa lata później

Jest to literatura nawiązująca do modnego kierunku filmowego tzw drogi(np słynnej 66 w Stanach), a tu do gościńca brukowanego(Traktu Lubelskiego ). Podobnie w literaturze muzycznej znajdziemy takie odniesienia ”Pasterz grał na fujarce/ i jak to zwykle w bajce/śnił, że z daleka/ złocista kareta/ gościńcem mknie

3 „Dlaczego tak się stało?”- zawiera obszerne fragmenty autobiografii.

Opowieści składają się na opis życia chłopaka świniopasa, wyrobnika z biednej wsi nad Wieprzem, który wyszedł z tej wsi do wielkiego miasta na studia i powrotu na swoje tereny czyli jak w powiedzeniach studentów rolniczej uczelni„Niepotrzebnie dziś się smucisz-ze wsi jesteś, na wieś wrócisz” i „Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z niego nigdy”

Aż prosi się by te trzy „dzieła” nazwać trylogią, podobnie jak to zrobił inny wielki pisarz- Henryk Sienkiewicz

Nasuwa się pytanie dlaczego Autor tego nie zrobił, czy jego płodność literacka już uwiędła, czy ma plany może na pentologię, na sekstotologię, czy wręcz na dekalogię?

Autor jest inżynierem łąkarstwa i określa się jako zamiłowany w matce naturze . Trylogii wspomnieniowej towarzyszy trylogia wyznania miłości:

+ do teatru, poezji, prozy i kabaretu jako pierwsza,

+ do matki natury jako druga

+ i do literatury obok wymienionej już poezji i prozy, jako trzecią.

Zapewne to miłości platoniczne, obrazowo rozumiane jako od pasa w górę. W pisarstwie jest głównie miejsce na tę drugą i to skolko ugodno.
Nie przyznaje się Autor do innych rodzajów miłości. A widziałbym takie jak np. do przyrodnictwa i przyrodzenia jako absolwenta Wydziału Przyrodniczego , opisywane z takim pietyzmem w swej ostatniej „powieści”?

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Dlaczego tak się stało?”

To pytanie hamletowskie, a zarazem tytuł ostatniego dzieła. Nie odnajdziemy w nim odpowiedzi co się stało i jak się stało, czy tak stało się przy klinkierowej drodze, czy może tak leżało się na kwiecistej łące; czy stało na baczność, czy w rozkroku​. Czy to stanie ma związek z pornografią tam zaprezentowaną? Stale dziejące się sceny erotyczne sugerują też stanie na leżąco.

Wnioskując z treści tytuł powinien brzmieć „Dlaczego tak się leżało”, albo „Dlaczego się tak szło?” Tu o odpowiedź byłoby łatwiej.

Książka w warstwie literackiej jest pełna poetyckich metafor, lirycznych scen, miejscami wzrusza, miejscami śmieszy. Zacytuję kilka fragmentów by nie być gołosłownym: , „Kiedy spazmatyczny płacz Zosi ustawał, resztki słonych kropelek łez i potu zlizywał z jej buzi i kończył ten zabieg higieniczny długimi namiętnym i gorącym pocałunkiem, człapanie„po dywanie do łazienki w stroju Ewy, tzn nawet bez nocnej przeźroczystej koszulki, „obok jej majteczek typu Figi i biustonosza o rozmiarach D jak dyniaoraz „Niesamowicie gorące jej , pachnące kwiatem maciejki spowodowało, że ciało młodzieńca o blond włosach nie tylko w tym momencie zdrętwiało, ale on całkowicie zaniemówiła gdy zobaczył jej „jędrne sterczące cyceczki czyli piersi, bo ”Tej nocy ubrani byli jak Adam i Ewa, to znaczy zupełnie nadzy, więc „Tak rozłożona, rozgrzana do białości kochanka oplotła go swoimi nogami a ściślej jego kręgosłup w pasie lędźwiowym i splatając na jego plecach swoje stopy w klamerkę w amoku pożądania z gorącym pocałunkiem na jego ustach wpadła w trans zespoleniaUff!


W jednym z odcinków opowieści oblubienica nazwała się „niewolnicą Izaurą, jakby przewidując, że 10 lat później, na podstawie zdarzeń owych, nakręcą serial w Brazylii(1975), a 20 lat później(1985) będzie emitowany w polskiej telewizji. Jego tytuł łudząco przypominał to samookreślenie, bo brzmiał „Niewolnica Isaura”

Na uwagę zasługuje element walki z poprzednim reżymem i jego przedstawicielką w osobie Beaty, prominentnej działaczki Związku Młodzieży Wiejskiej. Gdy w dzień pierwszego maja nie mógł się zmagać z nią w sypialni, bo ona była ona na pochodzie pierwszomajowym, to zrobił to z Zosią K, pomniejszając w ten sposób o 2 osoby szeregi maszerujących i wiwatujących na cześć władzy ludowej. I to nie zważając na skwar i upały. Kto by egoistycznie dupał w taki upał?

Na pochwałę zasługuje zachowanie bohatera powieści, porządnego katolika, gdy po każdorazowych nocnych ekscesach bierze zaraz rano wybrankę do kościoła by podziękować Bogu i prosić o łaski dalsze.

Ze swej strony dodałbym jeszcze opowiastkę do tych fantastycznych opowieści, która mogłaby wyglądać tak:” Jak zwykle spotykając się Zosią na Pierwszego Maja Stasik zwierza się jak będąc na praktyce łąkarskiej kosił kosą złoty łan trawy, bo robił znakomicie. A to sprzyja myśleniu i w trakcie kośby doszedł do wniosku, że wykonuje jeden ruch jałowy i jakby do kosiska doczepić ostrze z drugiej strony, to podniósłby wydajność o 100%. Zgłosił to jako wniosek racjonalizatorski, a komisja podsunęła mu jeszcze pomysł, że przecież mógłby z tyłu uczepić grabie wtedy byłyby wykonywane dwie czynności i wydajność byłaby potrojona. A to ważne przy żniwach, gdy trzeba szybko zebrać plony zbóż. Zosia na to: jakby oni cię wiedzieli jak ja od przodu, to by ci kazali jeszcze młócić”

Na Stanisława mówi się Stach, Staszek, Stanik, Stachura, ale dlaczego w pewnym momencie Zosia powiedziała do niego Stasik? Może odpowiedzią na to będzie wielokropek postawiony po następującym zdaniu: „Spodenki, które zgodnie z poleceniem Zosi zostawił obok jej majteczek, były prawie całkowicie zawilgocone albo od potu, albo........”

Trzeba zauważyć, że harce te nasz bohater wyprawiał nie w akademiku, ale na ul Asnyka 25 znajdującej się wtedy na Oporowie, a teraz na Karłowicach. Student z akademika wówczas różnił się od Gomułki tym, że ten ostatni miał właściwy stosunek do pokoju, a student niewłaściwy pokój do stosunku.
Czy nie należałoby oddać hołd jego dokonaniom i przemianować ulicę Asnyka na Stasika Ruchliwego(
kochliwego), przenieść ją na Oporów i postawić monument chwały na skwerze naprzeciw willi o numerze 25 z labiryntem korytarzy wewnątrz? Marzy mi się odsłonięcie takiego pomnika jako ojciec chrzestny. Pomnik mógłby być w stylu epoki i mieć falliczne kształty, jakie wtedy dominowały w rzeźbie pomnikowej.


W „powieści” tej znajduje się też naukowy wykład o resorpcji spermy przez ścianki pochwy , co jest , obok doustnego i dożylnego, jeszcze jednym ze sposobów odżywiania. Określiłbym je jako dowcipne poprzez zastrzyk penisyliny.

Dałem do oceny opisy tych różnych bara bara, bunga bunga i figo fago emerytowanemu aktorowi występującemu w filmach pornograficznych, który powiedział tak: Występowałem w wielu filmach, scenariusz za każdym niby inny, ale uczciwie muszę powiedzieć, że wszytko to jeden chuj”.

I to nie koniec rypania i opisów aktów w twórczości Autora, bowiem powstał i czeka na opublikowanie jednoaktowy dramat „Sprawa się rypła-jakoś to będzie”? Jest to zapewne sztuka krótka z nielicznymi rolami aktorskimi. Ten nowy gatunek literacki nazwałbym jako mało rolny dramat komediowo-tragiczny.

W tekście znajduję szereg poetyckich fragmentów ? Tu zacytuję, miniaturowa torebka turystyczna, w słomkowym kapelusiku(znowu ten sik) na kruczowłosej głowie, znikła za szpalerem żywopłotu, śniadej karnacji ciało, w prawie horyzontalnej pozycji, bezszelestnie podniósł się z leżaka, ciało przykryte zwiewną ażurową chustą, źdźbło trawy o odpowiedniej długości, zapalona świeca w postaci płonącego kaganka, dymiła zupa owocowa, labirynt korytarzy, przedobiadowa toaleta, nałożnica z Seraju, gwiaździsta noc, agresywniej ścinała go z nóg, zaspanym wzrokiem,upojnej majowej nocy, zza kotary arabska muzyka, gorące wiśniowe usta, wnikało rześkie poranne majowe wrocławskie powietrze, jak młoda sarenka, w jego szaroniebieskie oczy, energicznym ruchem wyzwoliła się , w nostalgicznym bezruchu”,

Tych porównań i przenośni nie powstydziłaby się Helena Mniszkówna. opisująca w „Trędowatej” dzieje ordynata Michorowskiego i ubogiej Stefci Rudeckiej. Czy w takiej poetyce nie można się zakochać? Czy nie ma tu jakichś podobieństw ?

Jak mówi radzieckie przysłowie „wsiech bab ni prejebiosz, no starat sa nada”. To też na koniec wykształcona i mądra Zosia, podobnie jak trędowata Stefcia, została po raz kolejny i ostateczny wyruchana, porzucona w Gospodarstwie Ogrodniczym Leśnica, a bohater tej powieści udał się swoje strony, gdzie został potem z kolei wyruchany przez niewykształconą żonę, która wyrzuciła go na bruk pod mostem rzeki Wieprz. Tu się przypomina przysłowie ludowe i przestroga jednocześnie: „służ panu wiernie, to on ci za to do nosa piernie”.

Pogwałcona też została zasada, że nie rzuca się perły przed wieprze.

Brak opisu dalszych bujnych przygód bohatera w rodzimej miejscowości , jako rolnika, łąkarza, nauczyciela, wychowawcy młodzieży w technikum. Należy domniemywać z łagodnego traktowania wychowywanych dzieci , z których żadnego z nich nie skrzywdził, bo nigdy nie był pewny czy któreś nie było jego.


W warstwie faktograficznej można by się spierać czy studia na roku rozpoczynało 220 studentów, czy 190; czy aula wykładowa miała numer IV, czy 5; czy Łupaszka był dowódcą bandy UPA, czy Żołnierzem Wyklętym, czy od „Talizmana” do „Labiryntu” było 1000 metrów, czy dalej; czy fotografia jest z obozu wojskowego w Krośnie Odrzańskim, czy z ćwiczeń w studium wojskowym z kpt Makuchowskim; czy studiował na Wydziale Przyrodniczym, czy Rolniczym; czy ul Asnyka była na Oporowie, czy na Karłowicach i czy był tam przystanek tramwaju „0”; czy Kresy to region na Bugiem i Wieprzem, czy nad Zbruczem, czy opiekun roku dr Sekuła był wtedy profesorem, czy nie; czy prof. Kowaliński wykładał chemię ogólną, czy gleboznawstwo; czy wykłady zaczynały się od godz 7:00 czy o 8:15; czy koniec przerwy wykładowej ogłaszał gong, czy zwykły dzwonek elektryczny; czy płaszcz był z garbaliny, czy może z gabardyny? I tak dalej bez końca. Pytania czy było tak, czy siak nasuwają się po przeczytaniu każdej strony.

Ktoś, kto studiował w tym okresie i nie zgadzają mu się fakty opisane w tych powiastkach, jest skłonny zaliczyć te opowieści nie do literatury faktu, a do realizmu fantastyczno-pornograficznego.

Zosia K, Niezachodzące Słoneczko z „Talizmana”jest zapewne postacią alegoryczną, zbiorową i efektem twórczej wyobraźni autora. Czy było więcej Zoś, czy któraś z mieszkanek tego akademika chciały odnaleźć się w jej roli? Chciałem to sprawdzić i zapytałem portierkę w tym akademiku czy mieszkała tam Zofia K? Ta bez patrzenia z rejestry, z oburzeniem powiedziała „tu mieszkały same porządne dziewczyny i żadnej na k tu nie było”

Wspomnienia zawsze są wspaniałe i często wyolbrzymione w wieku kiedy być dobrym w łóżku oznacza nie chrapać i nie pierdzieć.

W warstwie gramatycznej wygląda jakby ta „powieść”nie wyszła jeszcze z galicyjskiej czteroklasowej podstawówki .

Na koniec.

Dzieła to literackie czy grafomania, albo czy to twórczość na podobieństwo malarza Nikifora Krynickiego. Malarstwo Nikifora, nazwane jako naiwne, zyskało uznanie krytyków, stał się znany, a niedawno postawiono mu pomnik we Lwowie.

Pomnik we Wrocławiu już zaproponowałem.

Przypomina się też sienkiewiczowski Zołzikiewicz w „Szkicach węglem”, który dumnie obwieszczał o sobie, że pisarz gminny to taki co książki pisze.

Największy piśmienny wśród rolników czy największy wśród piśmiennych ?

Reasumując: do poczytania do poduszki - bawiąc się czytajmy. czytając bawmy się,


7. Władysław Baran. Reklama dźwignią handlu


W milenijnym roku, w klubie „Ul” akademika „Labirynt” było spotkanie ze znanym humorystą, Andrzejem Waligórskim, szefem „Studia 202”. Przyszedł na zaproszenie tamtejszego kabaretu „Truteń”. Spotkanie odbywało się w ramach akcji „Bliżej z ludźmi pracy, nauki i kultury”, na którym też ja byłem, kawę i wodę piłem.

Opowiadał między innymi taką anegdotę.

Starsze małżeństwo wróciło z Sybiru w drugiej turze repatriacji po „odwilży” w roku 1956. Osiedlili się w jakiejś wioszczynie pod Lubaniem. Władza zapewniła im urządzone domostwo, nawet z radiem(bo tam byli zdani na „kołchoźnika” i komendy priedsiedatiela kałchoza). W popaździernikowej modernizacji wprowadzono też reklamy radiowe. Z obowiązku przedtem, a teraz przyzwyczajenia słuchali radia na „okrągło”. Aż nie wytrzymali i przyjechali do Wrocławia, do redaktora naczelnego z pokorną prośbą

- Panie Priedsiedatiej, taż si zmiłuj, my ludzi starzy, taż my ni mamy tyli piniendzy żeby wszystku kupować. Kazali Wy „Kup nuwoczesnu pralki Frani”, nu tu my kupili, kazali Wy „Kup nuwuczesny miksyr dumowy”, tu my pożyczyli trochi piniendzy i kupili. Ali na cu nam eliktryczna gitara, na cu nam, tfu za przeposzenim, prezerwatywy?


8. Władysław Baran. Na studia

Tadek, Rysiek(Paszkiewicz i ja postanowiliśmy iść, wierni swym zamiłowaniom, na studia rolnicze. Podanie składało się w szkole, ona dołączała dyplom i wysyłała na uczelnię, a my spaliśmy spokojnie(jak chłop, któremu wtedy właśnie rośnie w polu).

Ze snu wyrwał nas prof. Szczerba: „Widziałem, że wasze papiery poszły, ale bez świadectw maturalnych” . Prof. Warło zastępował prof. Kubika, ale świadectw nie wypisał(a robiło się to wtedy ręcznie), a tu za dwa dni egzaminy wstępne(były takie wtedy) na Wyższą Szkołę Rolniczą(popularnie nazywaną: WYSROL) we Wrocławiu.
Wydębiliśmy jakoś te dyplomy i w te pędy oba dwa z Rysiem do Wrocławia. A tam stan wyjątkowy, epidemia ospy. Przedarliśmy się z dworca przez kordon ochronny i Rychu, jako miastowy( z Koźla, bo ja z Radyni), rozpytuje jak dostać się na ul Norwida 25. Ktoś tam mówi: „Ta jedźci jajim(linią zero)du placu Grunwaldzkiegu, tam już bedzi blisku, albu sztajgujci na piszki, ali to bedzi zy siedym kilosów”.

Ja radzę żeby jechać „jajem”, a Rychu mówi:”Co, mamy wyszastać wszystkie pieniądze na tramwaje?”
Poszliśmy z tobołami pieszo, bo tramwaj kosztował 15gr, a bez zniżki nawet 20.

9 Władysław Baran. Przeszkolenie informatyczne


Szkolenie komputerowe przeszedłem w Charkowie w roku 1967 podczas zagranicznej praktyki dla studentów. Praktyka polegała na zbieraniu wiśni w sadzie. Zwiedzaliśmy też fabrykę traktorów. Zadziwiło mnie, że 80 % załogi to kobiety, bo mężczyźni służyli w mundurach.

Na uczelni pokazali nam komputer RIAD, który zajmował cały pokój, a taśmociąg do kart perforowanych wychodził na korytarz. Był jak nowy, bo nie używany.
Było to jedyne moje przeszkolenie z komputeryzacji.

Czytającym poddaję pod ocenę te umiejętności tam nabyte.

................................................................................................

10 Władysław Baran. Wywiadówki

Po skończeniu technikum i uzyskaniu dyplomu technika rolniczego postanowiłem uczyć się dalej. Oświadczyłem rodzicom, że chcę iść na studia na Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu, po których będę inżynierem. Ojciec powiedział, że utuczą dodatkowego świniaka, sprzedadzą poza obowiązkowymi dostawami(były takie) i jakoś sfinansują. Na wakacje miałem jednak nadal paść krowy. A matka powiedziała:

Studiuj sobie, ale na wywiadówki tak daleko to ja już nie pojadę”.

...............................


11 Władysław Baran. Demokraci

Idziemy z Rysiem na studia rolnicze, ale tam trzeba mieć końskie zdrowie, a to może stwierdzić dr Ceglarek.

Doktor obadał nas, opukał, osłuchał i powiedział: „ Teraz jesteście demokratami, a po studiach będziecie kapitalistami. Ale pamiętajcie- nie pracujcie dla pieniędzy, niech pieniądze pracują dla was”

Studia rzeczywiście skończyłem i to za pierwszym razem, teraz jestem byłym inżynierem rolnictwa(bo wiedza się dezaktualizuje po 5-ciu latach, a więc zaliczyłem 10 pięciolatek) i dalej wiernym demokratą.

Byłem gajowym, leśniczym, gównem i niczym.

A teraz emerytem, któremu premier Buzek obiecał emeryturę pod palmami i słowa dotrzymał.

Kapitalizm? A co to jest?

Może teraz tego uczą w szkołach, albo w ramach dokształcania ustawicznego?

Bo wykształcenie i zęby można zawsze uzupełnić, ale będą to tylko protezy.


...............................................

12 Władysław Baran. Jurek łaskawy

Jurek(bratanek 1957-20017) w Wersalu prowadził firmę budowlaną w dzień, wieczorem zwykle przebywał w pobliskim „Piano bar”. Kiedyś zachodzi, w lokalu pustawo, przysiada się przy barze do jakiegoś Murzyna i przepijają. Gadka szmatka, kieliszek do kieliszka, serdeczna atmosfera, przedstawiają się: jestem Jurek(nazwiska nie podawał, bo przecież w Wersalu był znaną osobą), dekorator wnętrz. Jestem Nelson Mandela-prezydent RPA. Jak Nelson się dowiedział, że Jurek jest z Polski, to powiedział, że ma problem, bo Jurka rodak -Janusz Waluś- zamordował przywódcę komunistycznej partii RPA, Chrisa Haniego w 1993 roku i ma wyrok śmierci.

Aż tyle się nie dało, ale Walusiowi zmieniono wyrok na dożywocie, a po 15-tu latach odsiadki miał wyjść na wolność.

Jurka już nie ma, Waluś żyje, co prawda w kryminale.
Czy zdaje sobie sprawę dzięki komu żyje?

.............................................

13 Władysław Baran. DIBUŁA

Na spotkaniu organizacyjnym pierwszego roku Wydziału Rolniczego nasz opiekun, dr Sekuła tłumaczył wszystko po kolei. Między innymi informował gdzie się odbywać będą poszczególne zajęcia. Ja to wszystko notowałem, potem nauczyłem się na pamięć. Jak przyszły ćwiczenia z botaniki, to wiedziałem, że są na ul Cybulskiego, a tam trzeba pojechać tramwajem „0”, wysiąść na ulicy Dibuła i podejść 200 metrów w stronę Odry.
Wsiadłem do tramwaju, wytrzeszczam gały czytając nazwy ulic, zrobiłem jedno okrążenie i nic, nie ma tej ulicy. A już jestem spóźniony. Pytam więc konduktorkę, gdzie ta cholerna ulica?

- Właśnie pan jest na niej, niech pan szybko wysiada
Wyskoczyłem, rozglądam się. I zakląłem siarczyście na nią, że mnie tak wrobiła, bo tam było na tabliczce

„Ul Stanisława Dubois”

Teraz jak tam przejeżdżam to sprawdzam czy jest już zdekomunizowana i nie przysparza nadal problemów młodzieży akademickiej.

…..................................................

14 Władysław Baran. Taka wieś

Wracając niegdyś od teściów dychawicznym Maluchem za Jelenią Górą wspiąłem się z trudem najpierw krętą drogą pod górę by następnie zjechać prosto w dół na luzie, by silnik mógł sobie odpocząć i się schłodzić. U dołu była wieś, a na rogatkach Milicja Obywatelska, która w związku z tym obdarzyła mnie mandatem karnym za przekroczenie prędkości w wysokości 100 zł dawnych.
Za rok znowu wracam tą trasą, deszcz mży, ale pilnuję prędkości. Znowu zatrzymuje mnie Obywatelska i wręcza mandat 100 zł .
- Panie władzo, tym razem jechałem z dozwoloną prędkością

15 Władysław Baran. Magisterium

Na specjalizacji z mechanizacji rolnictwa doc mgr Bogdanowicz(Rudy) w otoczeniu naukowców z Katedry Mechanizacji, przydziela tematy prac magisterskich. Ja otrzymałem temat: Mechanizacja Państwowego Gospodarstwa Rolnego Krobielowice metodą technologiczną. Inni magistranci jakieś inne tematy. Ale jak Staś Lumer otrzymał temat : Sadzenie ziemniaków sadzarką czterorzędową z prędkością 20 i 30 km/h, to zauważyłem delikatnie, że to jest pozbawione sensu, bo z tych kartofli zostanie miazga

Na to dr Aleksandrowicz powiedział

- O, myli się pan i to bardzo, bo ten temat ma właśnie głęboki sens. Ma ona dać nam magistra.

Praca została wykonana, napisana i obroniona.

I tak już zostało, z ekstrapolacją do innych stopni...

........................................

16.Władysław Baran. Spotkania 3-go stopnia


Rok 2013, 15 marca, akurat znowu śnieżyca. Wypieprzamy więc z Jurkiem camperem na podbój południowej Europy aż do jej krańca w Portugalii, a przy okazji wypad do Maroka. Nazwałem też ten wyjazd „Costa de luz z rabatem”. Costa de Luz to plaża za Gibraltarem, Rabat to stolica Maroka. Zajęło to nam półtora miesiąca wczesną wiosną. W tym czasie my ,rozochoceni wolnością podróżowania, snuliśmy plany wyjazdu późnym latem na Chorwację. Jurek mówił, że chyba pojedzie do Grecji. Pojechaliśmy do Chorwacji we wrześniu, ale przez nieporozumienie nie mogliśmy być w Dubrowniku, to pojechaliśmy do Czarnogóry, do przygranicznego Igalo nad Zatoką Kotorską. W trzecim dniu siąpiło, więc poszliśmy na promenadę nadmorską na rozpoznanie. A tam naprzeciw idzie, a kto by nie inny, jak Jurek. On też przez przypadek znalazł się w Igalo, bo go nawigacja poprowadziła w ślepą wąską uliczkę nad morze i trudno było wycofać

Europa jest duża, ale jak to możliwe, by się spotkać gdzieś daleko w tym samym miejscu i w tej samej chwili?
Góra z górą się nie spotka, ale z Jurkiem jest wszystko możliwe.
(Pisane w rocznicę jego śmierci, 4 stycznia 2019)
.................
17, Władysław Baran. Potas
Ćwiczenia z chemii dla naszej grupy prowadziła dr Mączka, piękna kobieta mlekiem i miodem płynąca, ale miała wadę wymowy. I trafiła kosa na kamień czyli na naszego kolegę Lipca, który za każdym razem w wypowiedziach potas prowokacyjnie nazywał potażem. A doktorka za każdym razem go prostowała.
-  Potaż to węglan potasu,K2CO3, związek chemiczny, a nie pierwiastek. 
 Panie Lipiec, to nie jest potaż tylko potaż.
(Ech, gdzie te czasy ,  gdy wykłady prowadził profesor, doktor ćwiczenia, a magister był laborantem)...............................................
18. Władysław Baran. Raj
Z POM Szymiszów(mojego pierwszego pracodawcy) wyjechała wycieczka do Zakopanego. Wycieczkowicze rozładowują się z autokaru, a organizatorzy zgłaszają przyjazd przestawiając się wcześniej:
- Helmut Szaton, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa
 - Gabriela Anioł, referent ds. kadrowych
Na to recepcjonista nie czekają na dalszych gości:
- To w takim razie ja jestem św Piotr, a ośrodek ten się nazywa EDEN, 
(Istnieje do dziś: Zakopane, ul. Sienkiewicza 3/14A +48 661 094 718)....................................
19. Władysław Baran. Jak wy Lwowi
Na Wydziale  Melioracji do dziekana nieszczęsny student, że nie dostał akademika, bonu stołówkowego ani stypendium i co ma robić?.
Dziekan do niego:
- Nu a jak my wy Lwowi robili? Ta szukału si ciepły wdowy. Robiłu si jij dobrzy i si miału i kwatery i wikt i opierunek................................................
20. Władysław Baran. Swoboda
W POM Szymiszów, gdzie pracowałem, był kolega Krystian, a on miał wujka(onkla) pod Raciborzem, a wujek kupił sobie Syrenkę.
To było pod koniec lat 60tych ubiegłego wieku, samochód(teraz powiedzielibyśmy towar samochodo podobny) to był wielki koszt i wielki szpan. 
Otóż ten onkel po zakupie Syrenki poczuł się człowiekiem całkowicie wolnym u schyłku komuny gomułkowskiej. Świat stanął dla niego otworem
Wsiadał za kierownicą, rozparł się wygodnie, zapalał fajkę i  półgłosem mówił do siebie:
- A teraz sobie pojadę prosto, a teraz sobie skręcę w lewo, a teraz sobie skręcę w prawo, a teraz sobie cofnę.
Po każdym manewrze wysiadał z auta i sprawdzał  skręt kół.
Bo to się działo w garażu , a on nie miał prawa jazdy z powodu  krótkowzroczności............................................................
21. Władysław Baran. Kosmiczna
Na Politechnice Opolskiej, na bazie sali gimnastycznej po Wermachcie, stworzono Wydział Wychowania Fizycznego. Ewenement na skalę światową.
Żartowałem sobie, że na naszej przodującej opolskiej uczelni, gdyby zgłoszono zapotrzebowanie na kształcenie kosmonautów, to odpowiedź byłaby prosta:
-Baza jest- w pobliżu Aeroklub i lotnisko trawiaste
-Kadra jest- dwóch emerytowanych pilotów,jeszcze całkiem niczego sobie
-Szkolimy!
============
Ten ponury żart był jednak proroczy. Utworzono w roku 2018 nowy kierunek studiów
LOTNICTWO I KOSMONAUTYKA



PS. Zapomniałem dodać, że jeszcze dysponują sprawnym samolotem AN 24 "Kukuruźnik"

----------------------------------------------------------------------

22. Władysław Baran. Obszary i obszarnicy

Jest Zjazd'98 SOBÓTKA ph"PIERWSZA TRZYDZIESTKA"(Pierdziestka'98), organizatorzy proszą absolwentów o prezentacje osobiste. Renia mówi o zadrzewieniu 40 ha i dorodnych dzieciach, inni mówią o swoich dzieciach; ja mówię, że byłem już gajowym, leśniczym, gównem i teraz niczym; Czesiek pochwalił się, że ma 140 ha ziemi ornej II i III kl. Na końcu wstał Kazek rzucił od niechcenia: „mam gospodarstwo 1800 ha z gorzelnią w Złocieńcu ”.

Niektórym po tym mina zrzedła, nawet moja.

Za chwilę Czesiu oświadczył, że postanowił opuścić imprezę ze względu na ważne obowiązki gospodarskie.

Byłem potem we włościach Kazka w Złocieńcu i okolicach, obwoził mnie citroenem trzymając jedną ręką kierownicę, a drugą butelkę piwa. W pewnym momencie pokazał na śródpolne jezioro z wyspą i powiedział „Jesteś moim dobrym kolegą, chciałem ci podarować tę wyspę, chcesz?”.
Odmówiłem.
Była i bez mostu, i niezabudowana, i do gorzelni daleko.


….............................................................................…...........................................

    23. Władysław Baran. Jaki, jaka, jakie?

Jaki-Jaki

Jaka- moja żona Halina

Jakie- gospodarstwo rolne w spadku, w Ogrodzieńcu pod zamkiem


Gospodarstwo odziedziczyć to nie takie proste, bo trzeba mieć kwalifikacje, mieszkać tam i pracować w nim lub innym. Do tego to było dawno i przepisy się zmieniały niezależnie od zmian łańcuchu spadkobierców(babcia- ojciec- matka-wnuczka)

Sprawa zawikłana i trzeba wreszcie iść do sądu akuratnie w czasie największej nagonki na sędziów. A tu jedynie dobra wola sędziego może zadecydować, by wreszcie posiąść tę posiadłość o areale 1,5 ha.

Sędzia na początku w swobodnej nienagrywanej rozmowie wspomniał o nieprzyjemnej atmosferze wytworzonej wokół tego zawodu, a następnie pytał gdzie mieszkali rodzice, gdzie teraz mieszkają spadkobiercy, jakie zawody wykonują. Żona jak powiedziała, że jest z Opola, to sędzia:

- A z Opola jest taki wiceminister sprawiedliwości
- A tak, taki Jaki. Ja go uczyłam w szkole średniej.
Tu sędzia uciął pogawędkę i przeszedł do rozprawy.
Na końcu ogłosił przerwę, po której miał ogłosić wyrok.
W przerwie ja zabrałem głos

24 Władysław Baran. Jaki Firlik?

Do urologa w opolskim szpitalu wojskowym się rejestrowało, a potem w tłumie czekało. Kolejność była wg przybycia pod gabinet, trzeba było pamiętać kto jest przed i po, bo spamiętać wszystkich nie sposób. Któryś raz zdarzyło się, że ten przede mną i za zrezygnowali, a ja zostałem w niewiadomym miejscu kolejki i jako taki zostałem przyjęty bez kolejki ostatni późną nocą.
Wkurzony napisałem do Funduszu Zdrowia, że to granda żeby nie można , jak dra Firlika, przyjść na określoną godzinę, a doktor przyjmie pacjenta z uśmiechem, a małego nawet pogłaska. Fundusz kontraktuje usługi, a nie pilnuje jakości ich wykonania.
Jakaś dziewczyna z FZ odpisała, że czego od nich chcę, przecież z tym trzeba do dyrektora szpitala.
Nie daję za wygraną i coraz bardziej wkurzony piszę do swojego posła, Patryka Jakiego mniej więcej tak:

Panie pośle Jaki, piszę jako zwykły obywatel. Jak to możliwe, że jakoś nie można zorganizować pracy przychodni w szpitalu wojskowym by nie było jakichkolwiek uwag co przyjmowania pacjentów, a jakaś urzędniczka jako przedstawiciel FZ, jakby nigdy nic, odpowiada , że to nie ich sprawa, a jak mi się nie podoba mam iść do dyrektora. I się dziwię jak to możliwe w XXI wieku, w środku Europy?. Czy Pan wie jakie standardy są w Opolu, jak to jest np u dra Firlika"?
A ja nie chcę wiele, przynajmniej żeby było tak jak dra Firlika.
Mimo mojego „jakania”, poseł , jak przystało na męża stanu, potraktował moją skargę poważnie i przesłał to do wojskowego dyrektora, ten , nie wiedząc której przychodni to dotyczy, wprowadził przyjmowanie na określoną godzinę w całym szpitalu.

Informacja dla niezorientowanych:
Dr Firlik prowadzi w Opolu gabinet medycyny weterynaryjnej.
---------------------------------------------------------------------------------------------------

25 Władysław Baran. Młodzi naukowcy interdyscyplinarni.


Polska Ludowa się rozwija, rolnictwo się mechanizuje, konie trzeba zastąpić mechanicznymi, bo władza robotnicza dostrzegła (z podszeptem duchowej),że chłopi lubią bić konie, nawet na postoju. Przemianę tę wdrażać będą przyszli inżynierowie techniki rolniczej.

Teraz (rok 1967)jeszcze są w katedrze mechanizacji rolnictwa magistrantami. Mają też ambicje naukowe, a doc dr inż Bohanowicz i Uczelnia takie ambicje wspiera. Więc organizują obóz naukowy z bazą w Karłowie, Jan Nawrat jest kierownikiem, opiekunem naukowym dr inż Drozd. Temat badań:”Straty ziarna przy zbiorze kombajnem Bizon pszenicy ozimej na terenach górskich w zależności od kąta nachylenia stoku” Temat na czasie, bo Polska miała deficyt pszenicy i zapasy strategiczne uzupełniano zbożem kanadyjskim. Obowiązywało gomółkowskie hasło „Każdy kłos na wagę złota” Nasze badania miały poszerzyć wiedzę i opracować metodę zbioru z minimalnymi stratami ziarna. Pracowaliśmy wg naszego hasła „Ziarnko do ziarnka i uzbiera się miarka”. Pracowaliśmy to dużo powiedziane. Raz pojechaliśmy do Kłodzka, do tamtego PeGeeRu, pochodziliśmy za kombajnem rzucając ramkę(miarkę) o powierzchni 1 m kw i liczyliśmy mozolnie ziarenka, które nie znalazły się w plonie (q/ha). Nasz zbiór należało pomnożyć x10000 i podzielić(a może pomnożyć) przez kąt nachylenia hederu maszyny i wychodziły straty jednostkowe(ziarnko/ha). Wymagało to cierpliwości, skrupulatności i dyscypliny poznawczej.

I tak by było przez dwa tygodnie, gdyby nie przybył do sąsiedniego domu wczasowego obóz dorodnych łąkarek(ich teza naukowa: „Trawka do kwiatka i będzie rabatka”), urodziwych jak majowe kwiecie łąk śródleśnych, o falujących piersiach jak łan pszenicy;do tego mlekiem i miodem płynących.; takich co miały na czym siedzieć i czym oddychać.

A dlaczego nie podjąć wspólne badania i nie zderzyć dwóch dyscyplin naukowych?
I wszystko się zmieniło: rano składka, do sklepu po napoje, zdeponowanie ich u dra,ognisko wieczorem, Alfred z gitarą , wino, kobiety i śpiew.
Obóz zakończony w naszej ocenie z sukcesem, trzeba pisać sprawozdanie z badań. To co można było napisać nie nadawało się publikacji, bo by nie przepuściła cenzura.
Docenta zbywaliśmy , że materia badań skomplikowana i obfita, że to trzeba dokładnie policzyć, że ziaren jest ogrom, że to musi potrwać. Tak dotrwaliśmy do dyplomu.
Praca by została uwieczniona w nudnych dokumentach i zapomniana gdzieś w bibliotece.


Lepsze są wspomnienia. I trwalsze, a ich piękno rośnie z wiekiem wspominającego..
Ech ta nauka, te badania!

----------------------------------------------------

26 Władysław Baran. Coś podpisałem.


Nie tylko Wałęsa coś podpisał i do dziś tego żałuje. Mnie też się to zdarzyło i niech ta opowiastka będzie przestrogą dla czytających żeby sprawdzali co podpisują.
Na staż w POMie Lubomierz zostałem wysłany w ramach nakazu pracy po studiach, w roku 1968. Były to nieodległe czasy od okupacji i nazistowskich eksperymentów w Auschwitz. To przytaczam, bo może mieć znaczenie w dalszej części opowiadania.
Kwartalnie w moim miejscu pracy wydawane były za pokwitowaniem środki tzw bhp- ręczniki, proszek, mydło itp. Odbierając potwierdzało się składając własnoręczny podpis przy swoim nazwisku określonej listy, co też uczyniłem.

Okazało się potem że jedna z list była zatytułowana w nagłówku
„ Lista pracowników na mydło”
----------------------------------------------------------------
27
Władysław Baran. Co podpisałem?


Tak zwane wydarzenia marcowe zaczęły się od pałowania studentów w Warszawie w dniu 8 marca 1968. Fala strajków studenckich przeniosła się i do Wrocławia. Na naszej uczelni strajk był jednodobowy, okupacyjny. Potem były jeszcze mniejsze manifestacje. Jedną z nich był strajk quasi głodowy, bo polegający na powstrzymaniu od jedzenia w określonym dniu na stołówce studenckiej. Ogłsili to nieznani organizatorzy poprzez powieszenie plakatu z odpowiednim apelem. We wszystkich tych protestach uczestniczyłem ciałem i duszą.

Otóż tego dnia kolegom, którzy szli na stołówkę robiono kocią muzykę. Ja natomiast wyszedłem na taras , zamontowałem na barierce stary uszkodzony aparat fotograficzny AGFA i udawałem, że cykam fotki tym łamistrajkom.
Po kilku dniach puka do naszego pokoju w akademiku woźny i pyta:

- Panie Baran, pan jest czy pana nie ma, bo jakiś tajniak czeka na portierni.

A więc ktoś doniósł. To ja w te pędy drugim wyjściem na miasto, do tramwaju, potem do drugiego żeby zgubić ogon. Wieczorem wróciłem do akademika.

Na drugi dzień przez radiowęzeł komunikat:” Pan Władysław Baran z pokoju 161 proszony pilnie na portiernię”. Wiadomo o co chodzi, więc znowu drugim wyjściem na miasto, zmiana tramwajów itd jak w filmie kryminalno-szpiegowskim.
Bezpieczniaki zastosowali więc metodę najprostszą- pisemne wezwanie do stawienia się na policję pod rygorem grzywny.
Rad nierad stawiłem się tam. Pierwsza decyzja- czekać. Po dwóch godzinach wzywa mnie ubek i wypytuje w jakim celu robiłem zdjęcia, czy znam kogoś na Zachodzie, dla kogo miały być przeznaczone.
Odpowiadam, że to stary poniemiecki fotoaparat, uszkodzony, nie można nim zrobić fotki bo nie ma obiektywu i mogę mu go pokazać.
Specjalnie go to nie interesowało. Wygłosił mi dwugodzinny wykład o tym, że tow. Wiesław(Gomułka) jest dobry, że to Syjoniści i wichrzyciele mieszają w głowach studentów, że władza przecież chce dobrze dla ludu, że to są wystąpienia antypaństwowe i powinienem być obywatelsko zobowiązany do przeciwdziałania.
- Panie pułkowniku- powiedziałem do niego- dwie godziny mnie pan przekonywał i załóżmy, że mnie przekonał. Ale we Wrocławiu jest 20 tysięcy studentów.
Tu się funkcjonariusz zapienił i powiedział:
- Pan wie kiedy tu przyszedł, ale nie wie kiedy wyjdzie.
Od razu spokorniałem, a on międzyczasie przygotował jakiś sążnisty formularz.
- Podpisz bracie tu na dole-pokazał palcem, a co było wyżej przesłaniała dłoń-to jest zobowiązanie do zachowania tajemnicy tego spotkania.
W strachu podpisałem i podobnie jak Wałęsa, mogę powiedzieć”coś tam podpisałem”. Nawet nie wiem czy tam było wstawione moje nazwisko i data. Prawdopodobnie to było zobowiązanie do współpracy.

Oczywiście żadnych donosów nie robiłem, ale zapewne teczkę mi założyli.
Na tzw „Liście Wildsteina” opublikowanej w roku 2005(funkcjonariusze bezpieki, współpracownicy i inni. ) jest zarejestrowanych sześciu Władysławów Baranów . Być może jedno jest moje.

Nie dociekałem tego, funkcji publicznych nie pełniłem, wie nie podlegałem lustracji.

Morał z tego, że trzeba czytać to co się podpisuje i nie żartować z władzą tamtej podobnej.

---------------------------------------------------------------------------------

28 Władysław Baran. Pożyczane zaliczenia


Lektorat z języka rosyjskiego był u mgra Skoka. Coś tam się uczyliśmy przez dwa semestry i na końcu było zaliczenie. Jak wyglądało to nie wiem, bo mój drogi kolega Borzyszkowski przyniósł mi indeks z tym zaliczeniem. Po postu przekonał go, zaklinając się, że ja zaliczałem, ale nie miałem wtedy indeksu przy sobie.

Kolega ten to barwna postać i z wyobraźnią sądząc z jego opowiadań szpiegowsko-detektywistycznych, w których on był główną postacią , a roli tej nie powstydziłby się sam James Bond.
Inną pożyteczną przysługą, jaką mi oddał to zaliczenie ćwiczeń z biochemii. Na ćwiczeniach tych nie przykładałem się zbytnio i jeszcze na dodatek gdzieś zaginął mój zeszyt dokumentujący wykonane analizy chemiczne. No to dr Mączka, jak piękna tak surowa, zawzięła się i nie zaliczyła mi ćwiczeń. Nie ma zaliczenia, nie można przystąpić do egzaminu i rok stracony w najlepszym wypadku.
Ale od czego Bond? Kupił kwiaty w moim imieniu , poszedł do dr Maczki, skruszył jej serce i przyniósł mi znowu zaliczenie. Na egzaminie nie mogłem już na niego liczyć, więc wkułem zapiski z wykładów na pamięć i zdałem jako nieliczny egzamin na 5.

Z wdzięczności pożyczyłem Borzyszkowskiemu całe 500 zł, co było wtedy sumą niebagatelną. Miał oddać wkrótce. Ale nie oddawał tłumacząc się, że po prostu nie ma z czego. Stypendium nie miał, to nie oddawał. Tak by trwało do dziś, gdyby nie stypendium wypłacane na praktykę po 5tym semestrze. Zaczaiłem się przed kwesturą na niego i nie mógł wywinąć.
Dobrze mieć zaufanych i uczynnych kolegów, ale odwdzięczanie się pożyczką to gruba przesada.

-------------------------------------------------------------

 29 Władysław Baran Flaki
Jestem w Warszawie w roku 1969, wstępuję do Baru "Flaczek" na Marszałkowskiej, a tam rarytas-flaki wołowe.
Zapach flaków wypełnia całe pomieszczenie, miejscowi rozkosz
ują się aromatem potrawy i wcinają aż im się uszy trzęsą.

A ja zrobiłem w tył zwrot, bo przecież znam zapach krowieńca.

---------------------------------------------------------------
30. Władysław Baran. Róbmy
W POMie Szymiszów, gdzie pracowałem po stażu miała przyjechać planowana kontrola ze WZ POM. Dyrektor Hubert Musioł(wcześniej traktorzysta, potem sekretarz KP PZPR) na odprawie przed kontrolnej wygłosił mowę:
- Wicie towarzysze, my nie muszymy się oglondoć na kontrola. Ona przyńdzie i póńdzie, a mogymy przeca robić lo nos, a ni pod kontrola. Godom wom, ni róbcie pod kontrola.
Róbcie pod siebie.

31. Władysław Baran. Kuszenie prof. Miodka

Będąc w Serbii byłem pod wrażeniem Vuka Stefanovića Karadžića( Вук Стефановић Караџић), ich reformatora języka z XIX w. Wprowadził on do języka serbskiego zasadęPisz tak jak mówisz, czytaj tak, jak jest napisane” Przy tym możesz pisać i cyrylicą, i łacinką z „u , ž, h”, ale bez „ó, rz,ch”. Luz bluz, raj językowy na ziemi z naszej polskiej perspektywy. A gdyby u nas tak uprościć gramatykę?

Z tą misją udałem się z żoną do studia programu http://slownikpolskipolski.vod.tvp.pl/ emitowanego na TVP Polonia dla naszych Polonusów, dla których poprawna polszczyzna jest sprawą zasadniczą.

Podałem Profesorowi m. in. przykład: jeśli mówię „srogość”, to można to zapisać dowolnie i jako:”srogość”, i jako „sro gość”. To po co dzieci katować taką ogramatyką, skoro w tym czasie mogą np. uczyć się programowania.

Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że to jakby namawianie żaby do osuszenia bagna.

Profesor wysłuchał cierpliwie i nawet nas nie zrugał zbytnio, bo znamy się od czasów studenckich. W chórze Uniwersytetu Wrocławskiego śpiewaliśmy jednym głosem(basem), a nawet mamy w dorobku występ w amsterdamskim Concertgebouw w roku 1967.

Tu zaśpiewaliśmy różnymi głosami w przenośni i dosłownie(vide odcinek TVP Polonia ”Mimozami jesień się zaczyna” w dn 2 LISTOPADA 2019 r. o godz. 17.00 (premiera) i powtórka o godz. 0.15)



32.Władysław Baran. Darmocha

Wielkie dobrodziejstwo nowej władzy to darmowe(wyborcze)leki.

Nie mogłem się załapać na 500+ ani na inne plusy, to wreszcie postanowiłem skorzystać z Lek+. Jako że spełniam warunki do korzystania z tego przywileju (wiek i schorzenie)udałem się do lekarza pierwszego kontaktu. Ten zbadał mnie i sru do specjalisty, bo tę chorobę zna mgliście. Specjalista zbadał mnie i sru do aptekarza po leki. Aptekarz zbadał receptę i sru mnie lekarza podstawowego, bo specjalista wie jakie leki stosować, ale nie może ich wypisać jako darmowe. Może to zrobić wg przepisów tylko lekarz pierwszego kontaktu. Bo nie ma specjalistycznej wiedzy.


Zaczynam drugą rundę...
Lekarz podstawowy - skierowanie do specjalisty, ten wystawia świadectwo rzetelności choroby, z powrotem do podstawowego, ten wystawia darmową receptę, pędem do aptekarza i jestem szczęśliwym posiadaczem medykamentu nadszarpniętego tą procedurą zdrowia.

Zaoszczędziłem w ten sposób całe 3,25 zł(to różnica między ceną z refundacją, a darmochą)
Zelówek zdarłem za 4,12 zł
-------------------------------------------------------------

33. Władysław Baran. Ilość nie przechodzi w jakość.

Może przyczynkiem na potwierdzenie lub zaprzeczenie tytułowej tezy będzie ta opowieść.
Na kolejnych zjazdach Absolwentów’68 przybywa smakoszy nalewek w dodatku samodzielnie produkowanych. Te kieliszeczki dereniówki, pigwówki, malinówki, wiśniówki, to mlaskanie, te zachwyty.
I pytania do mnie: 
- A tobie to nie smakuje?
- Nie wiem, bo jestem jeszcze na etapie ilościowym.
-----------------------------------------------------------
34. Władysław Baran. Dermatologika.

 Studenci mieli swoje przychodnie zdrowia, a dermatologiczna mieściła się przy Akademii Medycznej na Pasteura 5. Poszedłem tam kiedyś po poradę lekarską. Doktor med przyjmował raz w tygodniu o godz 15:00. Wchodzę pół godziny wcześniej, a tam tłum ok 30 pacjentów. O 15tej dr rozpoczął przyjmowanie, a wyglądało to tak. Asystentka miała przygotowane recepty na poszczególne schorzenia, a doktor za kotarą oglądał delikwenta i tylko rzucał   hasła:
 syf, kiła, egzema, opryszczka 
asystentce, a ta miała przygotowane recepty na poszczególne schorzenia, wpisywała nazwisko i następny, następna. Nie minęło 15 minut i poczekalnia była pusta. 
Przy kolejnej reorganizacji Służby Zdrowia deklaruję się jako społeczny doradca i doświadczony pacjent..

35. Władysław Baran. Jedzenie strachu

Mam kolegę z technikum, kolega ma córkę, córka ma męża, mąż ma matkę, matka jest notariuszką, a mieszkają w Warszawie. Rzecz się dzieje w latach 90tych ub wieku w okresie mafijnego rozwoju naszej ojczyzny.

Do owej notariuszki zgłasza się się facet, chce zawrzeć umowę sprzedaży dużej działki budowlanej w dobrej lokalizacji i chce wiedzieć jak zawrzeć taką umowę.

Pouczony wraca po tygodniu z kupcem, sprzedaje działkę za okazyjną cenę, notariusz potwierdza mocą swego urzędu.
Uradowany kupiec ochoczo szybko grodzi nową posiadłość, a tu jakiś facet do niego „co ty,k...,robisz na mojej ziemi?” Właściciel nie dał się przekonać, że właśnie sprzedał działkę i szybko do prokuratora.
I tu się zaczęło, notariuszka wiedząc, że zaraz się jej dobiorą do skóry, szybko sprzedała nieruchomości, żeby w razie czego nie ściągnęli z niej ani grosza. Ale co z forsą i to dużą?
Postanowiła, że najpewniej w banku, ale szwajcarskim. Zapakowała w walizy szmal i sru chyłkiem do Zürichu.

A tam złożyć depozyt nie takie proste, muszą coś sprawdzić, a to trwa klika dni. Siedzi ona w pokoju hotelowym, nawet przez okno nie wygląda, a tu łomot do drzwi. „Otwierać” we wszystkich szwajcarskich językach, a nawet po polsku. To ją upewniło, że na pewno podąża za nią pruszków lub wołomin. Zabarykadowała się i nie otwiera. Stukający policjanci przynieśli z recepcji zapasowe klucze, otworzyli , przeszukali dokładnie cały pokój nie zaglądając do walizek i poszli dalej.
Po prostu zaginęło dziecko w hotelu i jego szukano.

---------------------------------------------------------------------


35.Władysław Baran. Czyn wojskowo partyjny


Po zabawie w wojsko na studiach, męską połowę akademików po dyplomie czekał obóz wojskowy i szklenie tym razem w jak w normalnym wojsku. Zwykłe koszary w Krośnie Odrzańskim, musztra, czołganie, biegi w maskach, normalne służby, normalne warty, prawdziwa ostra amunicja na warcie i na strzelaniu. W programie szkolenie unitarne, przysięga na wierność Ludowej Ojczyźnie i Wielkiemu Bratu. Apele, alarmy, poligon i w końcu trudny egzamin oraz nominacje na stopień oficerski . Do tego jeszcze mokradła dookoła , chmary komarów tnących niemiłosiernie. Jak tu osiągnąć pełną gotowość bojowo egzaminacyjną? To co prawie nieosiągalne okazało się możliwe do osiągnięcia i to bez wysiłku.

Ale o tym później

Za dwa miesiące miał się odbyć V Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej( 11-16 listopada 1968 roku) i zwyczajowo, z dobrowolnego przymusu, wszystkie pododdziały składały zobowiązania dla uczczenia takiego wydarzenia co 5 lat.
Czego tam nie było: przebiegnięcie boso sztafetą szlaku bojowego I Armii WP, pomalowanie linii na placu apelowym i trawy obok, zestrzelenie wrażego samolotu już na granicy gdyby nadleciał, dwukrotne oczyszczenie pułkowej latryny bez podania w jakim czasie i inne.
Pralnia garnizonowa zobowiązała się nawet, że podwoi upiór dzienny.

Dowództwo te zobowiązania przyjmowało i raportowało wyżej zobowiązując się jednocześnie do zameldowania o wykonaniu

My zaś złożyliśmy uroczyste zobowiązanie, że na egzaminach osiągniemy średnią ocenę minimum dobrą.

I na tym polegał nasz wysiłek, a potem totalne olewanie.

Teraz wyniki egzaminacyjne były zmartwieniem naczalstwa.

Zameldowano wykonanie czynu i to przedterminowo, bo nam się śpieszyło do domów..

.................................................................
36.
Władysław Baran. Dziw nad dziwy.


Byłoby dziwnym, by nie być w mieście Wisła i nie widzieć Wisły, na tle dziwacznej architektury hotelu Gołębiewski i zadziwiającego ośrodka szkoleniowo wypoczynkowego Jubilat dawnego komitetu wojewódzkiego PZPR.

A jeszcze tam wypoczywać? A czemu nie jubileusz w Jubilacie?.

W dziesiątą rocznicę uzyskania praw emerytalnych zakwaterowałem się tam z małżonką. I to na całe dwa tygodnie, na Święta, na Nowy Rok i tak aż do trzech Króli by podziwiać z byłego partyjnego ośrodka Wisłę z Gołębiewskim, Wisłę pod Gołębiewskim i wyższe partie naprzeciwległej góry.

W zadziwienie wprawiały wystrój, wyposażenie, gama zabiegów, szczególnie personel rehabilitacyjnych ośrodka.

W środku pobytu w ośrodku nadarzył się Sylwester, ale ośrodek lojalnie uprzedził, że takowego nie organizuje. Pokoik mały, to ze znajomymi postanowiliśmy przysiąść w jadalni.
Z taką prośbą o taką możliwość zjawiłem się na recepcji. Ta zrobiła oczy
- A po co to Panu?- zapytała zdziwiona recepcjonistka

- Przecież dziś jest noc Sylwestrowa
- Ale co chcecie robić?- zapytała jeszcze bardziej zdziwiona recepcjonistka

- Bo dziś cała Wisła, a nawet cała Polska szampanem żegna stary i wita Nowy Rok. To też chcielibyśmy usiąść, coś zjeść i wypić, pożartować, a nawet zatańczyć jak każe tradycja.
- Pan jest jakiś dziwny – stwierdziła kompletnie zdziwiona recepcjonistka.


I jak tu w przyszłości zignorować taką atrakcję, nie pojechać tam znowu i nie podziwiać tego wszystkiego? A potem zadziwiać tymi opowiastkami czytających to.
----------------------------------------------------

37. Władysław Baran. Nieproste sprawy

Z Jasiem spotkaliśmy się w cieniu opolskiego ratusza żeby pogadać o starych dobrych czasach na specjalizacji mechanizacyjnej. Ale wiadomo, jak się dwóch facetów spotyka, to i tak przede wszystkim pogadają o d.. Maryni przysłowiowej. Ale nie w tym wieku. Pierwszeństwo ma prostata. Ja powiedziałem, że doktor ordynuje jakieś leki i jak oznajmiłem zdumionemu, że dalej sikam niż widzę, to dał mi skierowanie do okulisty.
Jaś zaś powiedział, że po niepokojących go objawach, doktor wysłał go na biopsję i badanie histopatologiczne antyrakowe. Badanie nic nie wykazało. Poddał się badaniu jeszcze raz we Wrocławiu, bo nie ma co ufać miejscowym konowałom. I znowu nic. Ale jest jeszcze instytut raka w Gliwicach. I tam się wreszcie zlitowali.

Wykryli.

Trzeba być cierpliwym i upierdliwym, a wtedy się osiągnie co zechce.
-----------------------------------------
38. Władysław Baran. Czarna ospa i rozpacz


O roku ów.

Epidemia pryszczatej czarnej ospy(variola nigra ) we Wrocławiu wybuchła wtedy, gdy startowałem na studia w roku 1963.

Przywlókł ją z Indii ubek Bonifacy Jedynak, oficer Służby Bezpieczeństwa. Zaraza tliła się nierozpoznana od 20 maja. Chorych leczono na ospę wietrzną i inne choroby. Dopiero gdy małe dziecko po ospie wietrznej zoprzyszcało ponownie, lekarze skonstatowali, że skoro nie można dwa razy mieć tę chorobę, to musi być ospa właściwa. I od 17 lipca oficjalnie głoszono stan epidemii we Wrocławiu. I się zaczęło.
Egzaminy wstępne w lipcu odbyły się jeszcze prawie normalnie, ale potem już było coraz gorzej.

Wszyscy musieli być zaszczepieni, świadectwa były sprawdzane przed kupieniem biletu.

Przed studiami we wrześniu zawsze był kurs przygotowawczy w celu wyrównania poziomów studentów ze szkół o różnych poziomach nauczania i zaznajomieniu ze zwyczajami uczelni wyższej. Ale został odwołany ze względu na ospę, po czym 19 września władze odwołany też ospę.

I epidemia by nam przeszła bokiem, gdyby nie to, że akademiku „Labirynt”, w którym mieliśmy zamieszkać od października w międzyczasie utworzono( od 1 sierpnia) izolatorium dla podejrzanych o kontakt z zarażonymi osobami, ale właściwie zdrowych i pełnych werwy.


Przyjeżdżamy ostatniego dnia września, a tam pogruchotane meble na zewnątrz, puste pokoje wewnątrz, powyrywane zamki, śmieci, czarna rozpacz po czarnej ospie, „akademik w skrajnej dewastacji i czarno widzę tu mieszkanie” jak określił to kol Urban – szef Rady Mieszkańców. Wyższe roczniki przybyły wcześniej, zorganizowały sobie umeblowanie. My dostaliśmy goły pokój i radę od kierownika żeby sobie „zorganizować” meble. Janusz widząc to zrobił w tył zwrot, zamieszkał u ciotki we Wrocławiu i już końca studiów się tam nie pokazał .
Pierwszą noc spaliśmy we czterech w poprzek dwóch łóżek. Potem przybywało mebli, po pierwszym tygodniu każdy miał jakieś własne wyro, po drugim- krzesła, do końca miesiąca mieliśmy szafę, a nawet stół.


Po takim harcie potem studia, egzaminy, kolokwia, egzamin dyplomowy to już mały pryszcz.
Podobnie jak inne wirusy, epidemie, pandemie.

-----------------------------------------------
39. Kazimierz Kuczyński. Pierwszyzna

Ja to miałem "fajny początek" studiów. Przyjechałem do Wrocławia 30 września 1963 roku. Nie dostałem akademika, nie dostałem stypendium. Nie miałem też stypendium na stołowanie się(bon stołówkowy). Miałem zamieszkać u moich dalekich krewnych, ale pocałowałem tylko klamkę ich mieszkania. Po prostu nie było jej w domu (potem okazało się, że byli na 2.tygodniowych wczasach). Mieszkali na Placu Obrońców Pokoju. Pojechałem zatem na dworzec główny zdać walizkę do bagażowni. Przez następny tydzień mieszkałem więc na ławkach holu Wrocław Główny. Na dworcu mieszkałem już cały tydzień. Myłem się w śmierdzącej niemożliwie ubikacji dworcowej. Dwa razy wylegitymował mnie patrol Milicji Obywatelskiej. Ale tylko kazali mi się wynosić z ławki. Czekałem za słupkiem na podwyższeniu hali dworcowej, tam, gdzie znajdowały się poczekalnie i restauracje. Chyba też kawiarenka. Podczas pierwszych ćwiczeń z zoologii miałem za sąsiada z lewej strony Andrzeja Kucharzewskiego. Jakoś żeśmy zaczęli ze sobą rozmawiać (per pan, jak Boga kocham) i pan Andrzej Kucharzewski zapytał mnie - a gdzie Pan mieszka ? - odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, że na dworcu. Nie chciał uwierzyć, ale go przekonałem. A wtedy on zaproponował mi miejsce na stancji przy ul. Jedności Narodowej 188.

( Tu musiałem przerwać pisanie, bo żegnałem się z synem Tomaszem, który właśnie odjeżdżał do swego domu , a który od czwartku ub. tygodnia spędzał razem z nami czas (w poniedziałek był w Niemczech 2 dzień Zielonych świątków - dzień wolny od pracy).

Po ćwiczeniach pojechaliśmy do niego na stancję, aby spytać właścicielkę mieszkania, czy mogę u niej zamieszkać. Zgodziła się pod jednym warunkiem, że okażę jej świadectwo moralności. Nie bardzo wiedziałem o co jej biega, ale mi wytłumaczyła, że potrzebne jest zaświadczenie od księdza proboszcza z parafii, z której pochodzę. Pojechałem zatem do Koźla, by na drugi dzień pójść po świadectwo moralności do proboszcza parafii św. Zygmunta. Przyjął mnie na plebani po 1,5 godzinie. Gdy poprosiłem go o takie świadectwo moralności (wiedział doskonale o jakie świadectwo mi chodzi) - zaczął się mnie czepiać, że jakoś nie widział mnie, abym brał udział w nabożeństwach i przystępował do sakramentów pokuty z przyjmowaniem komunii włącznie. Oczywiście pamiętał mnie z okresu, gdy jako pacholę byłem ministrantem w tej parafii. Gdy się wahał z wydaniem mi tego świadectwa -" trumfnołem żech mu" (to po śląsku znaczy mniej więcej, że rzuciłem w niego argument), że mój ojciec, był "ojcem chrzestnym" dzwonu kościelnego (wpłacił dość sporą ilość pieniędzy na ten dzwon -ojciec miał sklep) i jego nazwisko można znaleźć na zewnętrznej stronie dzwonu, obok nazwisk innych fundatorów. W końcu dał mi to świadectwo i za parę godzin byłem już we Wrocławiu, aby oddać to nieszczęsne świadectwo moralności mojej przyszłej gospodyni. Również w tym samym dniu wprowadziłem się do pokoju, w którym przez dwa lata mieszkałem z Andrzejem. Po 2ch tygodniach wprowadził się do pokoju obok naszego pewien młodzieniec, który jak się okazało, nazywał się Jan Kasprzyk i studiował na WSWF, a który został po 4ch latach mężem naszej koleżanki Luśki Studennej. Gdy otrzymałem na III roku stypendium mieszkaniowe - przeprowadziłem się do "Labiryntu", gdzie mieszkałem z Januszem Starke, Jasiem Nawratem i Józkiem Łuszczykiem. Z Jasiem Nawratem i Januszem Starke byłem na praktyce semestralnej w Borku Strzelińskim.

..............................
40, Władysław Baran. Błyskawiczna orzechówka.

Podczas pobytu w Vodicach(Chorwacja) szefowa pensjonatu poczęstowała nas orzechówką. Och, jak ona smakowała, więc zapytałem jak się to robi?

- Pomiješajte nasjeckane zelene orašaste plodove sa šećerom, ulijte špirit, pričekajte jednu godinu i uživajte u okusu Orachovi


Każdy by zrozumiał, że pokrojone zielone orzechy wymieszać z cukrem, zalać spirytusem, odczekać godzinę i można delektować się smakiem orzechówki.

Podziękowałem i po przyjeździe do Polski w te pędy robić orzechówkę, bo wieczorem będą goście i podsumowanie wyjazdu.

Oni się nie napili, a ja się najadłem wstydu, bo godina to rok.

...............................................
41. Władysław Baran. Reh

Sanatorium domowe (nazwa moja)fundowane przez Fundusz Zdrowia w związku z pandemią. Siedzisz w domu i dochodzisz na zabiegi (turnus)do rehabilitanta. W roku można wykorzystać 3 serie x 10 sesji x 4 zabiegi rehabilitacyjne. Wymagana grupa inwalidzka( teraz niepełnosprawności), stan krzepkości nieważny

Mam grupę, bo pracowałem w inwalidzkowości i nie wypadało nie mieć,.

Dziś jestem po 4 sesji i jestem już jak nowy, a to dopiero początek. 

Ale jednak to nie to.

Ech, gdzie te sanatoria, gdzie te ku.wacje?

...

Po 40 zabiegach rehabilitacyjnych mogę obliczać ile zaoszczędziłem dzięki funduszowi zdrowia.

Dla porównania gdy idę do mediastorów, tam oferują mi” Kup telewizor 4k super plus, to zaoszczędzisz 500 zł”

Czyli kupili od producenta ten telewizor za 2 ooo zł, wystawili cenę 3 ooo, i specjalnie dla mnie opuszczają cenę na 2 500, a więc niby o 500 zł i to ma być moja oszczędność, zysk, korzyść, obniżka, promocja, wyprzedaż itp

Zaoszczędziłem 20%? Poprzez wydatek 2500 zł ?.

Na zabiegach zaoszczędziłem 100 %, bo nie zapłaciłem ani grosza za zabiegi warte wg cennika 1 000 PLN
Co by tu jeszcze oszczędzić?

.............................................................

42, Władysław Baran. Wzór wzorów


Egzamin z meteorologi i klimatologii zdawało się u prof. dr hab. Adama Schmucka , kierownika Katedry Meteorologii i Klimatologii .

Oczywiście uprzednio trzeba było wysłuchać wykładów profesora. I jeśli nie wszystkich, to tego na którym objaśniał opracowany przez siebie wzór Schmucka - do czego służy i jak się stosuje w obliczeniach zależności pogody od deszczu i odwrotnie. A także do innych celów.

I to było clou wszystkiego w meteorologi i klimatologii czyli zaliczenia tego przedmiotu.
Po prostu niezależnie jakie pytania student wylosował, co tam na temat mamrotał, zawsze w odpowiedzi na końcu należało użyć dobitnie formuły „co łatwo wyliczyć i potwierdzić za pomocą wzoru Schmucka”


Wzór ten dlatego był uniwersalny, bo umożliwiał każdemu(obkutemu i leserowi) uzyskanie pozytywnej oceny

................

43 Władysław Baran. Biodegradacja

Kto zdał biochemię u prof. Kocura, dla tego reszta studiów była już formalnością. Trudność polegała na tym, że trzeba trzeba było wysłuchać jego wykładów, zanotować, nauczyć się na pamięć wszystkiego i przekazać to na egzaminie.
Mój kajecik 100 kartkowy zapisałem drobnym maczkiem całkowicie. Potem przelałem to do głowy, a z głowy na papier egzaminacyjny do pełna, za co dostałem jedną z nielicznych(w indeksie) piątkę.

Zdzichu, działacz partyjny i młodzieżowy(ZSP) nie miał czasu siedzenie na wykładach, to i egzamin mu nie poszedł. Poprosił mnie o notatki na poprawkowy, więc mu je użyczyłem z uwagą, że brakuje tam jednego wykładu. Złapał się za głowę:„Co, jak, ile, gdzie,kiedy, jak to”

Myślałem , że chodziło mu o ten brakujący wykład, a jemu szło o całość.


W głowie mu się nie mieściło, że można było zanotować prawie wszystkie wykłady. I być na nich.

..................
44, Władysław Baran. Obrazki z życia.


Obraz bez ramy to jak fujara bez fujary. A taki miałem.

Ramka na zamówienie to wydatek spory, więc wykombinowałem sobie, że kupię aluminiowe kątowniki, przytnę pod kątem 45 stopni i zamocuję wkrętami. Wymyśliłem w porę bo w dniu następnym zamykają markety budowlane ze względu na wirusa. Kupiłem w ostatniej chwili 2 dwumetrowe kątowniki 25x10 koloru złotawego

Montaż: wymierzyłem jeszcze raz obraz przyciąłem i do składania. I jak mówił uczeń stolarski: „przecinałem listewkę już 3 razy i ciągle za krótka” , przyciąłem 2 boki na 80 zamiast 90 cm.

Trudno, ale podwójnie, bo markety nieczynne, trzeba zamówić jeden zepsuty kątownik przez internet z odbiorem w tym samym miejscu.

Zamówiłem 1 szt,odbieram, ilość się zgadza, długość nie. Zgłaszam, że miał być dwumetrowy, a nie jedno. Wydawczyni mówi, że zgodnie z zamówieniem. Wracam do domu, sprawdzam, mea culpa, w pośpiechu kliknąłem inna pozycję. Zamawiam już starannie ponownie, krótki kątownik zwracam, nowy odbieram, parametry się zgadzają oprócz koloru, bo jest srebrzysty.

Może znowu źle zamówiłem. Jadę do domu, sprawdzam. Zamówiłem dobrze, wydano nie ten. Dzwonię na infolinię, informują, że no problem, można przecież zwrócić i zamówić właściwy.

Jadę do marketu zwrócić. Ale tam uprzejmie informują, że można zwrócić to co się kupiło, a na fakturze jak byk napisano, że kątownik jest złocisty.

W końcu się ulitowali i zamienili mi. Obraz obramowany w końcu zawisł po 10 dniach.


A miało być szybko, sprawnie i tanio

..............

45. Władysław Baran. Praktykowanie komunizmu


W roku 1967 był nabór na zagraniczne praktyki, do wyboru była Jugosławia, Czechy, Związek Radziecki. Działacze młodzieżowi obsadzili Jugosławię, bo to była atrakcja, pozostali musieli się zadowolić Czechami lub ZSRR. Mnie się dostał Charków w ZSRR razem z Zenkiem i sześcioma nieborakami.

Opiekunem był dr Kiersnowski dobrze znający j. rosyjski, bo kiblował tam po wojnie w gułagu jako partyzant AK z Wileńszczyzny.

Wyjazd na paszport zbiorowy, pociągiem (relacji Legnica Brześć, tzw expres prawosławny głównie dla radzieckiej armii) do Brześcia. Tam miał czekać na nas przedstawiciel Sielskochaziaskowo Instytuta w Charkowie, bo inostrancy bez opieki nie mogli się poruszać po Sojuzie. Jakieś nieporozumienie, telegram nie dotarł i opiekuna nie ma. Ale służby czuwały i sprowadzili go już do Kijowa. Okazało się że on czekał 2 dni w Brześciu i wrócił do Charkowa. To był jakiś doktor z instytutu, drugi opiekun już w Charkowie to niby student, ale chyba obaj z wiadomych służb.
W Kijowie bagaże do przechowalni i zwiedzanie Chreszczatnika, Złowej Bramy, Ławry, kąpiel w Dnieprze i opalanie. Nocą do Charkowa, tam do akademika.

Co noc zza ściany dochodziły dramatyczne krzyki ”Natasza, nie strielaj, nie strielaj”. Nie wytrzymałem nerwowo i zgłosiłam na dyżurce. Spakojno to studenty aktorstwa ćwiczą swoje kwestie.

Zwiedzanie miasta, fabryki traktorów i uczelni z salą informatyki.

W fabryce 80 % na hali to kobiety. Zastanawiałem się gdzie są mężczyźni. Odpowiedź była na ulicy, bo większość to oni w mundurach. Na uczelni pokazali nam salę z komputerem- to ogromna szafa z długim taśmociągiem do kart perforowanych, bo ekran jeszcze nie był znany. Opowieść o jego działaniu traktuję jako pierwsze i ostatnie przeszkolenie informatyczne.

W autobusach biletomaty:bęben biletów i kasetka, a nad nimi foto zajców(zająców-gapowiczów). Pasażerowie wrzucali odpowiednią ilość kopiejek i oddzierali sobie stosowną ilość biletów. Jeśli nie to wędrowali do galerii foto. Proste?

Praktyka była w ogrodzie, gdzie zrywaliśmy wiśnie, stawialiśmy urobek na, wagowy ważył, a Wania zapisywał. Zajęło nam to 2 tygodnie, potem wypłata i sru na następne 14 dni na Krym.

Tam zakwaterowani byliśmy pod pałatkami(namiotami). W dzień zostawialiśmy dyżurnego do pilnowania, ale nocą nie.
I stało się: rano wychodzimy z namiotu, Zenek nie ma spodni ani butów, a ja koszuli.
Zenek mówi: chyba pojadę do domu w slipkach i boso.
Miałem rezerwowe i przyjechał w moich.

Sprawa zgłoszona na milicję, poszliśmy tam z doktorem. Ten jak zobaczył enkawudzistę, to nie mógł wydusić z siebie słowa. On pytał czy rozumie po rusku, ten tylko przerażony kiwał głową .

Utkwiło nam pamięci wszechobecne „nielzia i zaprieczczeno”(nie wolno i zakazano) i jak to słyszeliśmy, to mówiliśmy że u nas u studentów w Czechii wsio wolno. I tak nie rozróżniali polskiego od czeskiego. Dla przykładu plaża zatłoczona z ogrodzoną oazą pustej przestrzeni, przełazimy przez płotek, a tam strażniczka: nielzia , zaprieczczeno.

Opaleni, wykąpani wracamy do domu. W Kijowie koleżanka zachorowała i musiała być hospitalizowana, ale jak ją zostawić i się wytłumaczyć na granicy braku jednej osoby z na zbiorowym paszportcie? Szczęściem był tam konsulat polski i przerobiono dokumenty.
Ostatni etap to mój Lwów, znany z opowiadań rodziców jako cud cudów. Na dworcu jeszcze byli bagażowi bałakający jak dawniej, miasto dawniej piękne, teraz szare.

Spacer od dworca do Rynku, kościoły zamienione w magazyny, pozdejmowane krzyże.
Ale nie wszystkie, bo u św Elżbiety zdjęte 2, a trzeci nie, bo demontażysta spadł i nikt już się potem nie odważył.

Od Lwowa do granicy to już rzut beretem.


Jako pointę przytoczę anegdotę: do kołchozu przyjechał agitator i zachwala ustrój

- Wasi rodzice żyli w kapitalizmie, job jewo mać;
wy żyjecie w socjalizmie, oczeń charaszo
a wasze dzieci będą żyć w komunizmie
- A dobrze jem tak-skazała babuszka- tym chuliganom

..............................................................

46. Kazimierz Kuczyński. Ach ten ZSRR

Ja w ZSRR byłem kilkakrotnie. Ostatni raz w 1978 roku, kiedy to w drodze na wczasy do Bułgarii zatrzymaliśmy się (moja żona i dzieci) na dwa dni we Lwowie (moja żona miała tam dwie ciocie). Do Bułgarii przez Lwów jeździło wtedy wielu Polaków. Powodem było uzyskanie rubli ze sprzedaży ciuchów. Właściwie wszystko można było we Lwowie sprzedać. Od zwykłych i flanelowych koszul, spodni, swetrów po prezerwatywy. Uzyskane ruble wymieniało się w Rumunii i i Bułgarii. Złotówek ani Rumuni, ani Bułgarzy nie chcieli.

Lwów poznałem dosyć dobrze, bo jeździłem tam chyba ze 6. czy 7. razy. Zawsze, jak jak mnie Polska wkurwiała, zwłaszcza Jej władze - zapisywałem się na 4.dniową wycieczkę do Lwowa. Jeździł autobus 2 razy w miesiącu z Opola (spod Orbisu) do Lwowa. I zawsze mieszkaliśmy w starym, wybudowanym przez Austriaków hotelu Georga (Dżordża) przy pl. Mickiewicza lub w hotelu Lwiw. Już po dwóch dniach pobytu tęskniłem do Polski - do polskiego porządku, do braku chamstwa, do swobody poruszania się, bez zakazu fotografowania itp. Czyli Lwów był doskonałą dla mnie odtrutką od narzekania na Polskę.

Na przełomie marca i kwietnia w 1980 roku pojechałem na 3. tygodniowe wczasy do Jałty. Odlot z warszawskiego Okęcia do Moskwy, a z Moskwy samolotem do Symferopolu, a z tamtąd autobusem do Jałty. Mieszkaliśmy w Jałcie w bardzo dużym hotelu (chyba też nazywał się "Jałta"). Ten hotel zbudowali Rosjanom (Ukraińcom) Jugosłowianie. To był nowoczesny hotel z dwiema restauracjami i z krytym basenem, z którego można było wypłynąć na basen otwarty z podgrzewaną wodą mineralną (popołudniowo- wieczorno-nocnych popijawach) - kąpiel w takim basenie z bąbelkami czyniła cuda. Czuło się, jak wyciąga kaca z organizmu.

Zwiedziliśmy przy okazji Liwadiję (ok. 40 km od Jałty), gdzie podpisano tzw. Układ Jałtański. Również Bakczysaraj ze słyną Fontanną łez i pałacem Chanów, w którym ponoć nocowała caryca Katarzyna II. Znaliśmy upodobania seksualne carycy i wydawało nam się, że to musiała być "potężna" baba, a tam zobaczyliśmy takie wcale niewielkie łóżko z baldachimem. Po wyjeździe z Jałty polecieliśmy jeszcze do Sewastopola, a stamtąd do Odessy (na 2 dni-załączone zdjęcie ze słynnych schodów w porcie Odessy upamiętnionych w filmie Eisensteina "Pancernik Potiomkin".) Z Odessy znów do Moskwy. W Moskwie mieszkaliśmy w słynnym hotelu (z widokiem na plac Czerwony), w którym kiedyś mieszkali komuniści polscy, niemieccy, bułgarscy. Większość z nich zostały zamordowana na rozkaz Stalina jeszcze w latach 30-ch ub. wieku.

W Moskwie oczywiście zwiedziliśmy Mauzoleum Lenina, słynny GUM na Placu Czerwonym, pochodziliśmy po Arbacie, byliśmy na Kremlu i byliśmy w Teatrze Bolszoj. Z Moskwy odlecieliśmy do Warszawy. Jako jednyni pasażerowie (ok. 15 osób). To był pierwszy odlot tego dnia z Moskwy do Warszawy. Z nami leciały też stosy radzieckich tygodników i gazet. Gdy byliśmy już prawie nad Warszawą - zawrócilil na z powrotem do Kijowa, bo nad Warszawą szalała burza śnieżna. I to było nasze szczęście, bo gdy w końcu ok. 12-tej przylecieliśmy do Warszawy, to nerwowo oczekiwaliśmy w kolejce do celników, bo każdy z nas miał co najmniej 2 złote pierścionki czy obrączki kupione jeszcze w Jałcie po sprzedaniu koszul czy innych rzeczy. Gdy staliśmy już w tej kolejcce do celników - kazano na przechodzić bez kontroli. Co się stało ? Otóż przyleciały samoloty z Nowego Jorku i Paryża. A u tych pasażerów mieli więcej do skontrolowania, aniżeli u nas. Naiwniacy. Oczywiście miałem wiele przygód podczas wszystkich pobytów w ZSRR., Jedno jest pewne - tak dobrze, jak wtedy w ZSRR nigdzie już nie jadłem (a jadałem w restauracjach prawie we wszystkich krajach europejskich. Ponadto, nigdzie już nie jadłem tak dobrego masła, jak w ZSRR.

Tu muszę też od razu dodać, że tak paskudnego masła, jakie jadłem w Polsce od czasu opuszczenia Polski też nigdzie nie jadłem. "Masło jak margaryna", takie jak w znanym skeczu.

........................................................................

  1. Władysław Baran. Działania niepożądane

Dwa wydałoby się niezwiązane ze sobą sytuacje.
1 Każdy kto zwiedzał Zoo widział tabliczki z napisem „Nie karmić zwierząt”.
Czy serwujący takie napisy konsultował to np. z małpami?

2 Każdy kto jest w wieku starszym średnim i do tego mężczyzną, to dowiaduje się od kolegów lub lekarza co to jest prostata. Mniej więcej połowa z nich musi zażywać leki. A co tam napisane na ulotkach jako działania niepożądane?

Lek Apo Fina-”długotrwale utrzymujący się wzwód prącia”
Czy serwujący takie napisy koncern farmaceutyczny konsultował to z mężczyznami, albo chociaż z ich sąsiadkami?

Pożądanie poprzez lek niepożądany?

48. Władysław Baran. Ordnung
Nuworysz zazwyczaj chce być bardziej katolicki niż papież by wtopić się nowe środowisko.

Nie odbiegał od normy mój znajomy, który wyemigrował ze Śląska do Vaterlandu, pracował solidnie by zarobić na urlop i udać się z żoną do Turcji na zasłużony wypoczynek.
Pierwszą atrakcją miał być rajd wzdłuż wybrzeża. W tym celu na następny dzień, na 9:00 umówił się z Turkiem na postawienie wozu z odległego o 60 km Bodrum. Nadchodzi umówiona godzi a Turka nie ma, znajomy przestępuje z nogi na nogę , czeka, 9:15 a Turka dalej ani słychu ani widu. Telefonuje do niego, a tamten mówi że już jedzie.
Tego Niemcowi było za wiele.” Ja w takim razie rezygnuję z tego samochodu”
Tamten: „Ale co, ale co”

Nie, dziękuję”- znajomy był tu stanowczy i nieugięty
Ale nieudany wyjazd trzeba wytłumaczyć żonie. Co zrobił dodając:

- A co, trzeba ich uczyć porządku, wszak Ordnung muss sein.
- Ale to on powinien Cię tego uczyć.

- Co? Turek mnie?
- A przestawiłeś zegarek?

Więcej na www.hwbaran.eu/Moriar.htm

===================================

kopeć źwierzeta i cel gospodarowania,

Tołpa- a pan, pan,

filozof, fizjolog, Kopeć,

powitanie wiosny, butelka na głowę

konkurs blagierów-Franek

a rób to pomału ale prawidłowo mjr Sanojca, płk Tryk,

wujek na Bytnara

nakaz pracy, robiło dobrze